I znów. To samo. Tym razem w zatłoczonym, miejskim autobusie. Młoda, sympatyczna mama półtorarocznego chłopca w wózku-spacerówce odzywa się do synka, który raz po raz uderza nóżkami w moją reklamówkę (stoję obok, w reklamówce mam ziemniaki i truskawki).
- Krzysiu, przestać! Bo pani będzie płakać!
„Hej, mamusiu!”, myślę. Daleko mi w tym momencie do jakichkolwiek łez, ale przełykam jakoś to „płakać”. Spoglądam w dół na bojsa i uśmiecham się z lekka. Mały odwzajemnia. Widać, że jest w dobrym nastroju. Na szczęście, nie przeszkadza mu tłok w autobusie i nie drze buzi na cały regulator. Jest naprawdę milutki.
Wpatruję się w okno, bo właśnie przejeżdżamy wzdłuż Łazienek, a bardzo lubię patrzeć na drzewa. Z odrętwienia wyrywa mnie głos młodej mamy:
- Oj, Krzysiu! Oj, pani ci da, zobaczysz…
„Ej, kobietko! Lekka przesada”, myślę. Co miałabym dać temu miłemu chłopczykowi? Ziemniaka wyjętego z siatki, garść truskawek? Klapsa?
Wiem, oczywiście, że nie chodzi o warzywo. Mały znów usiłował nawiązać kontakt i kopnął w reklamówkę, czego nawet nie zauważyłam. Ale mama, i owszem. I dobrze, bo trzeba reagować. Tylko, na litość boską, proszę nie straszyć mną dzieciaka!
Nie jestem ani beksą, ani babą jagą! Proszę nie mieszać mnie w proces wychowawczy synka. Rozumiem, że w poprawności społecznej to nie jest właściwe, aby kopać sąsiada w środku komunikacji miejskiej, ale małe nóżki małego chłopczyka uderzają, po pierwsze;
- w moją wypchaną warzywem reklamówkę,
- po drugie: dziecko – a daję głowę nie starsze niż półtora roczku – uśmiecha się promiennie
- i wreszcie: jego żywe oczka zdają się mówić: Hej, duży człowieku! Nudzi mi się w tej podróży. Może pogadamy?
Nie zgadzam się więc na bycie czarownicą! Może wystarczyłoby powiedzieć malcowi; Nie wolno! Przestań! Dla osób postronnych wkręconych przez rodzica w rolę straszaka, to niezwykle mało komfortowa sytuacja. I nieuczciwa. W pewien sposób, również żenująca. Bo co właściwie miałabym udowodnić temu dziecku? Przy poklasku mamy pokazac mu kły?
A może wystarczy pochylić się nad wózkiem? Zająć czymś malca? Owszem, przeprosić uprzejmie za jego zachowanie, ale nie obwiniać dzieciny, która nawet jeszcze nie mówi i machnie nogą zanim w ogóle pomyśli. I jeszcze, że to machnięcie może być nie na miejscu. Brr, świat dorosłych…
Ostatecznie przykucnęłam przy Krzysiu i przybiłam mu piątkę. Był zachwycony! A mama uśmiechnięta od ucha do ucha, bo nie omieszkałam wspomnieć, że ma fajnego synka.
I pomyśleć, że jako młoda mama byłam taka sama…





