Twoje drugie poronienie dotyczyło już bardziej zaawansowanej ciąży.
Tak, dlatego przeszłam tak znane wielu roniącym kobietom piekło „martwego urodzenia”. Mówię „piekło”, gdyż tego, co często spotyka kobiety w takiej sytuacji, nie sposób nazwać inaczej. Począwszy od diagnozy po skurcze porodowe, czy łyżeczkowanie, rozpoczyna się traumatyczny proces. Kiedy podczas wakacji 2006 roku dostałam nieoczekiwanie krwotoku i koleżanka przywiozła mnie do najbliższego szpitala, najpierw kilka godzin musiałyśmy czekać, aż przyjmie mnie lekarz. Krwawię i modlę się, aby moje dziecko przeżyło, ale nikt nie zajmuje się mną w szpitalnej poczekalni, a podczas badania USG odrętwiała z przerażenia wysłuchuję żartów wymienianych między lekarzem a położną, która skrzętnie zapisuje niezrozumiałe dla mnie terminy medyczne. Z oszalałym biciem serca czekam na diagnozę, która brzmi; „Płód martwy w położeniu miednicowym”, po czym lekarz wychodzi bez słowa.
Nie potrafię oddać dokładnie, co wtedy poczułam oprócz rozdzierającego bólu. Płakałam. Położna podała mi ligninę do wytarcia łez i pomogła przejść na oddział, gdzie oprócz mnie leżały kobiety czekające na zabiegi ginekologiczne i oczekujące narodzin swoich dzieci.
Następnego dnia dostałam środek na wywołanie porodu. Kilka godzin później przyszedł na świat mój martwy synek. Żałuję, że nie miałam odwagi go zobaczyć, ale za bardzo się bałam. Dopytywałam się o przyczyny jego śmierci i o możliwość pochówku, ale na moje nalegania położne wzruszały ramionami. Takich rzeczy się nie praktykuje – odpowiadały sucho.
Wierzyć się nie chcę, gdy się tego słucha …
Przyzwyczaiłam się, że zarówna moja historia, jak i historie setek innych kobiet, tak są odbierane. Z niedowierzaniem, sceptycyzmem, czasem pogardą. Że to po prostu niesmaczne i niestosowne. Opowiadam o tym przede wszystkim, aby wywołać społeczną dyskusję nad naszym stosunkiem do matki dziecka poronionego i nad nim samym. I żeby pokazać innym rodzicom po stracie, że nie są sami.
Poronienie zdarza się mniej więcej 100 razy każdego dnia. Czy to nie jest ważny problem społeczny?
Tak jak trudności par z zajściem w ciążę, ale również liczne poronienia, uniemożliwiające doczekanie się zdrowego i żywego potomstwa. Zostałam w szpitalu, aby wywołano poród mojego martwego syna, bo co innego mogłam zrobić? Nie przyszło mi do głowy, że pobyt tam może być tak traumatyczny.
Pamiętam, jak położna przychodziła do dziewczyny na sąsiednim łóżku i co dwie godziny badała tętno płodu. Bicie małego serduszka roznosiło się po sali. To była dla mnie straszna tortura. Słyszeć to bicie i wiedzieć, że dziecko, które ja noszę pod sercem już nie żyje…
Uciekałam w najdalszy kąt korytarza, żeby tego nie słyszeć. Z każdym moim pytaniem o możliwość pochowania dziecka albo czy naprawdę muszę je urodzić na sali pełnej pacjentek, traktowano mnie jak histeryczkę, chociaż płakałam jedynie cicho w poduszkę. Przez te kilka lat sytuacja w wielu szpitalach poprawiła się, ale nadal zdarza się, że oszołomionym matkom podaje się dziesiątki papierów do podpisu, jak choćby ten, że rezygnują z roszczeń o wydanie ciała dziecka.
W takim trudnym momencie życia kobieta ma natychmiast podjąć decyzję, a bywa, że naciska się na nią, żeby nie wydziwiała z prośbą o wydanie ciała czy wypis karty zgonu, ”bo tego się nie praktykuje”, skomplikuje sprawę szpitalowi i sobie samej, narażając przy tym rodzinę na koszty.
Pełna świadomość straty dociera do nas dopiero, gdy minie szok pierwszych dni. Pojawia się poczucie, że utraciło się dziecko bezpowrotnie, że to nie był koszmarny sen. Ból jest wówczas niewyobrażalny. Ból psychiczny, ale i ból obolałego ciała, gdy organizm wciąż pełen jest hormonów ciążowych. W piersiach może już pojawić się mleko, z którym teraz niewiadomo co zrobić.





