Moje dziecięce przeżywanie Wszystkich Świętych było radosne. Najpierw, ze dwa tygodnie przed 1 listopada, rodzice zabierali mnie do Domu Towarowego Jedynak w Bydgoszczy na zakup zimowej kurtki oraz plastykowo-ortalionowych kozaków marki Relax. Oczywiście nie co roku, bo tak poważny wydatek robiło się co kilka lat, ale jak już do niego dochodziło, była pełna celebra.
W chłodny i często też dżdżysty poranek 1 listopada budziłam się wcześnie rano i wyobrażałam sobie, jak wchodzę na cmentarz w nowym płaszczu, a koleżanki patrzą, uśmiechają się i również wyprężają płaską pierś w swoich nowych kubraczkach, bo to była celebra ogólnie uprawiana.
Kiedy wreszcie Tato ulokował Mamę w futrzanym kołnieżu z lisa (ten kołnież miał na jednym końcu pyszczek i brązowe oczy z jakiejś masy plastycznej, w które lubiłam się wpatrywać, prosząc: Lisku, mrugnij do mnie!) oraz troje dzieci – w tym mnie – w beżowej syrence, i kiedy wreszcie ruszyliśmy do oddalonej o trzy kilometry wsi, gdzie w polach zatopiony jest stary cmentarz, już po trzasnięciu drzwi czułam podekscytowanie.
Dobrze wiedziałam, jaka moc atrakcji mnie czeka. Przejście całą rodziną główną alejką. Serdeczne powitania z krewnymi i sąsiadami. Wspólna modlitwa nad grobami, podczas której zadziwiał mnie widok brodatych i wąsatych ojców moich koleżanek, którzy z niewidywaną w ciągu roku skruchą i rozdumaniem na twarzy – bili się w piersi.
Potem było: zapalanie zniczy i maczanie opuszków palców w rozgrzanym wosku. Przestawianie doniczek z astrami na chropawych płytach. Procesja z księdzem wzdłuż ogrodzenia z zawodzeniem staruszek, które – jak nikt inny – pamiętają rozbudowane modlitwy do słowa…
I zawsze robiłam ten sam numer:
- Chodź, zobacz, gdzie leżę – mówiłam do kuzynki, która przyjechała z miasta.
Stawałyśmy przy grobie mojej babci, Joanny, a ja, wpatrując się w wygrawerowane na marmurowym kamieniu imię i nazwisko, które brzmiało dokładnie jak moje, doświadczałam fantazjowania o własnej śmierci, czując bardziej podniecenie niż strach.
Dzień Wszystkich Świętych mojego dzieciństwa był radosny. W jednym miejscu, na cmentarzu gminnym, spotykała się społeczność kilku wsi. Ludzie wymieniali się ploteczkami, rodzinnymi niusami, a nawet żartami – przetykanymi cichym pomrukiwaniem wiecznych odpoczynków.
A o zmierzchu, gdy znów wszyscy wciskali się do wartburgów, trabantów, syrenek, a kilku szczęśliwców do dużego fiata (nie mówiąc o tłumie, który wracał do swych domów po prostu z buta) nad cmentarzem (wybaczcie mi teraz to reymontowskie zafiksowanie) gorzała łuna światła. Mama mówiła wtedy:
- Zobaczcie, jak pięknie…
I dałabym uciąć mą dziecięcą głowę, że widziałam cienie zmarłych siędzących przy grobach, machające do nas przyjaźnie na pożegnanie.
– Do zobaczenia, kochani! Do przyszłego roku!





