Kiedy przyjdzie na to czas, chcę, by znaleźli sobie najpiękniejszą księżniczkę i by nie bali się do niej podejść. A jak trzeba będzie po drodze zabić jakiegoś smoka gadzinę, to i to zrobią – Jacek Rozenek opowiada Małgorzacie ohme o tym, co to znaczy być ojcem.
Małgorzata Ohme: Czytasz dzieciom przed snem?
Jacek Rozenek: Opowiadam. Sam wymyślam im bajki.
Nie podobają Ci się te w książkach czy po prostu sam wymyślasz lepsze?
Oczywiście, że to drugie! (śmiech) A tak poważnie, to albo czytam dzieciom klasyczne bajki w stylu Andersena, albo wymyślam im takie, które mają charakter terapeutyczno-objaśniający. Dzięki bajkom można dzieciom pięknie tłumaczyć świat, rozwiązywać ich problemy.
Macie taką ulubioną wymyśloną bajkę?
Kiedyś to była opowieść o Dinusiu, bo starszy syn interesował się dinozaurami, więc bohaterem był mięsożerny dinozaur Dinuś, który lubił wszystkie zwierzęta i bez przerwy był narażony na różne niebezpieczeństwa.
Czyli dużo się działo.…
Tak, ale jak doskonale wiesz, jako mama i psycholog, musiały tam być elementy powtarzalne, bo dzieci kochają rytuał. I to właśnie takie ulubione rytuały składają się na każdą ulubioną bajkę. Podam ci przykład: Dinuś zawsze rano przed wyjściem z domu jadł śniadanie. Czasami zdarzało mi się przyspieszyć akcję, bo zapomniałem albo byłem zmęczony, i mówiłem wtedy: „Dinuś wstał i pojechał…”. Zaraz odzywał się spod kołdry któryś z moich synów: „Zaraz, zaraz, a gdzie śniadanie?”. Dzięki temu zrozumiałem, jak ważny jest taki powtarzalny schemat. W naszej bajce zawsze jest też mądra sowa, która kiedyś uczyła Dinusia, a teraz uczy Alladyna (bo bohater się nam zmienił), jak postępować i jak odróżniać dobro od zła.
Ta sowa to taki dobry dorosły?
Dokładnie. Ale są też w naszej bajce nieoczekiwane zwroty akcji, jak ataki mechagodzilii czy gniazdo żmij, które wprowadzają do bajki trochę adrenaliny i strachu. Bo przecież dzieci uwielbiają się bać.
A jaki jest Alladyn? Jakie ma cechy?
Alladyn nie pochodzi z bogatej rodziny, co jest bardzo ważne, ale jest jednocześnie bardzo szlachetny. Nie rozumie wszystkiego, co się dzieje wokół niego, ale powoli poznaje otaczający go świat i coraz lepiej się w nim czuje. Alladyn pomaga ludziom, choć nikt go za to nie chwali, a czasem tego w ogóle nie zauważa. Ostatnio na przykład ratował chorego gołębia ze złamanym skrzydełkiem. Nikt specjalnie z powodu tego gołębia nie był zadowolony – mama Alladyna miała kłopot na głowie, bo trzeba było się nim opiekować, nawet sam gołąb w trakcie leczenia nie okazywał Alladynowi wielkiej wdzięczności. Ale potem ozdrowiał, wrócił na wolność, minęło trochę czasu i, jak się domyślasz, gdy źli chłopcy zaatakowali Alladyna na rynku, na ratunek przybyło mu nagle stado gołębi…
Czyli bohater Twojej bajki jest bezinteresownie dobry.
On się tej bezinteresowności uczy, bo dzieci są z natury egocentryczne. Dzielenie się jest dla nich trudną lekcją. Alladyn jest też otwarty na innych ludzi. Lubi wyzwania, choć nie zawsze może im podołać. Lubi poznawać świat, być jego częścią.
Czy Alladyn to Ty?
Nie wiem, ale na pewno chciałbym nim być. I na pewno chciałbym, żeby moi synowie widzieli we mnie Alladyna (śmiech). Wiem, że Alladyn to takie okulary, które im nakładam na nos, by uczyli się i rozumieli świat. Świat tak skonstruowany, jak bym tego ja pragnął.
Brzmi to wszystko bardzo idyllicznie.
Dobrze, więc zestawmy to teraz z rzeczywistością. Ja, Jacek Rozenek, ojciec zapracowany i codziennie zmordowany jak pies, wracam niejednokrotnie do domu, ledwo widząc na oczy. Wracam i siadam przed komputerem, bo muszę coś skończyć pisać i wysłać, nie mogę tego odłożyć na jutro. I odganiam te stęsknione mojej obecności dzieci. One mnie proszą: „Pobawmy się, tato”, „Zrób mi to, zrób mi tamto”, a ja je odpędzam, mając jednocześnie głębokie przekonanie, że brak mojej dostępności zemści się na mnie w przyszłości tysiąckrotnie. Dzieci nie można bowiem odłożyć na półkę jak książkę. Dla mnie w moim ojcostwie to dawanie jest podstawową wartością. Dawanie siebie, swojego czasu, swojej dostępności i uwagi…
W bajce o Alladynie dużo uwagi poświęcasz właśnie pomaganiu innym, temu – jak to określasz – dawaniu. Jak to jest ważne dla Ciebie jako ojca?
Bardzo, bardzo ważne. Zarówno dawanie najbliższym, czyli dzieciom, partnerom, rodzicom, jak i dawanie światu. Uczę swoje dzieci także patriotyzmu, bo to też element dawania.
Często w swoich szkoleniach biznesowych powtarzasz, że „jesteśmy na tyle bogaci, na ile potrafimy dawać”.
Bo wierzę głęboko, że nawet jeśli sami mamy mało, a odrobinę z tego „mało” ofiarujemy drugiej osobie, to stajemy się przez to bogatsi. Wiem, że może to zabrzmieć naiwnie, ale dla mnie jest to sprawa niezwykłej wagi. Dlatego właśnie uczę synów dawania.
A nie boisz się, że kładąc tak duży nacisk na obdarowywanie innych, Twoje dzieci będą miały problem z braniem od nich? Z takim zdrowym egoizmem, który pozwoli im też dbać o siebie i własne potrzeby? Mam wrażenie, że to problem wielu ludzi. Często budujemy relacje w taki sposób, by poprzez dawanie nieustająco pracować na miłość i uwagę innych, zamiast żądać tej miłości w zamian.
Ale czy wtedy to jest jeszcze dawanie? Jeśli to dawanie wypływa z twoich własnych wartości, to szansa na taką patologię, jaką opisujesz, jest bardzo mała. Porównaj to do budowania domu. Są tacy, którzy spokojnie stawiają cegłę na cegle i ten dom powstaje dzięki ich ciężkiej i żmudnej pracy, ale są też tacy, którzy budują w sposób chaotyczny, ciągle coś zmieniają, dokładają, a ich potrzeby zaczynają przerastać możliwości. I wtedy nic z tej budowy nie wychodzi. Jeśli ktoś prawdziwie daje innym, to towarzyszy temu dawaniu radość. W przeciwnym razie dawanie zamienia się w narzędzie do osiągania celu. I nawet jeśli tym celem jest coś tak pięknego jak miłość innego człowieka, to nie towarzyszy temu radość, lecz jedynie napięcie. A ja chcę, żeby moi synowie mieli frajdę w tym dzieleniu się z innymi. I masz rację – to jest dla mnie jedna z najważniejszych wartości w wychowaniu dzieci.





