MO: A czy ty, Karolino, widzisz różnice w zabawie, gdy jesteście w swoim domu na Mazurach w Gałkowie i gdy spędzacie czas w Warszawie?
KF: Oj, tak. Już kiedy chłopcy wysiadają z samochodu w Gałkowie, podnoszą rączki do góry i najczęściej krzyczą: „Hurra, jesteśmy wolni! I do wieczora biegają po polach, jeżdżą na kucykach, bawią się z psami i kotami. I tak mijają całe dnie. Nie ukrywam, że jestem tym zachwycona, bo dzieci uczą się życia w zgodzie z naturą. Są też bardziej samodzielne, bo muszą znaleźć sobie w tej naturze miejsce.
Obserwuję, jak przy koniach uczą się cierpliwości, spokoju i konsekwencji. Na przykład wiedzą już, że koń nie lubi gwałtownych ruchów, impulsywnych zachowań. Że jak się konia prowadzi, to trzeba mieć mocno wyciągniętą rączkę. A gdy się do niego podchodzi, to trzeba go uprzedzić głosem, by się nie przestraszył.
To dla mnie bardzo ważne, by dzieci potrafiły odnaleźć się w różnych światach. Mam nadzieję, że będą potrafili odnaleźć się w każdym miejscu i wziąć dla siebie z niego to, co najlepsze. Kiedy wracają do Warszawy, zaczyna się znów świat „Gwiezdnych Wojen” albo ZigZaga McQueena i zaczynają się pytania o bajki. Na Mazurach nie ma tych pytań. Tam jest inny świat.
NF: My jesteśmy bardziej miastowi. Pamiętam, jak wyjeżdżaliśmy na Mazury i potwornie się bałam spuścić moje dzieci z oka, bo one mi w tej przyrodzie zginą. Bo tam jest woda, zwierzęta, żywioły, które trudno mi kontrolować. I te pierwsze wyjazdy były dla mnie okropnie męczące, bo co pięć minut latałam, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. A moje dzieci jakimś cudem ocalały… One pragnęły tej wolności, nie mogły się nią nacieszyć w domu.
MO: Ja na przykład, jak gdzieś wyjeżdżam, uświadamiam sobie zniewolenie technologią. Ilość kabli do DVD, PSP, telefonów równa się ilości sznurków, które nas wiążą i krępują.
KF: O nie, kochana, moje dzieci są zaprawione w bojach, czyli jeżdżą od maleńkości. Miały po kilka dni, gdy wyruszały pierwszy raz do Gałkowa. Nie potrzebują sprzętu na podróż na Mazury. To jest czas na rozmawianie. Wymyślamy zabawy: liczymy gatunki drzew albo marki samochodów. Wymyślamy bajki, historie i zupełnie nam się nie dłuży.
MO: Moje się w aucie kłócą. Oprócz tego śpiewamy piosenki, słuchamy bajek, ale przyznam, że moje dzieci oglądają też filmy na przenośnym DVD i wtedy znów słyszę swoje myśli. A propos kłótni: macie czasami problem z dzieleniem czasu i uwagi dla dzieci? Obie macie co najmniej dwójkę, a przecież każde dziecko chce czasem pobyć z rodzicem samo.
KF: Nie każde. Może ze względu na małą różnicę wieku między moimi chłopcami nie mam zbyt wielu sytuacji, w których muszę kombinować, kto pierwszy, a kto drugi jest z mamą. Najwięcej rzeczy robimy właśnie razem, w trójkę. Czasami treningi mają osobno, gdy Kostek idzie na tenisa lub jazdę konną, ale nawet wtedy Lusio chce uczestniczyć, choćby się przyglądając.
NF: Ja mam zdecydowanie inaczej. Dziewczynki wyraźnie chcą czasami być ze mną sam na sam. Zuzia zamyka na przykład swój pokój i mówi: „Możesz wejść tylko ty, bez Kajki. I ja to szanuję, to bardzo jasny komunikat. Teraz, gdy mamy pasję – konie – i wygospodarowałyśmy sobie na to sobotę, to jest to mój czas z Zuzią. Razem czyścimy konie, gadamy, jestem tylko dla niej.
MO: Doskonale cię rozumiem. Moje dzieci wolą spędzać czas osobno. Sytuacje razem są najczęściej okazją do rywalizacji. Nawet trzymanie ręki. Ostatnio są kłótnie o to, czy moja lewa ręka jest jego czy jej, bo tam jest pierścionek i zegarek i każdy chce mieć tę rękę na wyłączność.
KF: To ja mam kompletnie inaczej. Lusio zawsze czeka na Kostka, kiedy wróci z przedszkola. Gdy rozmawiamy o tym, kto kogo kocha, chłopcy zawsze na pierwszym miejscu wymieniają siebie nawzajem, a dopiero potem rodziców.
MO: U mnie najpierw są rodzice, potem trener tenisa, a dalej może się załapać siostra lub brat. Ale wróćmy do zabawy. To także obcowanie z pasją. A źródłem pasji są też rodzice. Mój Jurek zaraził się od rodziców tenisem. A wy zaraziłyście dzieci jakimiś własnymi pasjami?
NF: Moje największe pasje podzieliły dziewczynki: konie i taniec. Ze starszą, Kają, tańczyłam na rękach niemal dwa lata, więc jak stanęła na nogi, nie schodziła z parkietu. Młodsza, Zuzia, kocha konie tak jak ja, mimo iż ja tego dla niej nie chciałam, bo to niebezpieczny sport. Mam jednak wrażenie, że miłość do koni wyssała z mlekiem matki.
KF: Jeśli chodzi o jazdę konną, to ja dostrzegam różnice w podejściu dziewczynek i chłopców. Dziewczynki chcą się opiekować, choć się boją. Chłopcy zaś traktują konie jak sport, poklepią i pogłaszczą konika, tylko gdy mama im przypomni. Kostek też ma takie podejście, ale Lusio już rano wybiega w piżamce, żeby zobaczyć ulubione kucyki i nakarmić je owsem. Powiem szczerze, że ja wykorzystuję ich pasje do nauki bycia obowiązkowym i brania odpowiedzialności za coś i za kogoś. Jest to oczywiście w formie zabawy, ale jednak dzieci mają swoje zadania. Gdy mój syn Kostek wybrał konie i tenisa, to wyraźnie mu powiedziałam, że musi poświęcić temu pół roku i dopiero wtedy może zrezygnować. Dla mnie to lekcja konsekwencji i wytrwałości w działaniu.
NF: Ty, Malina, masz naturę sportowca i widać to w twoim konsekwentnym podejściu do dzieci. Moje obie dziewczyny zrobiły podejście do koni, zaopatrzyliśmy je w niezbędne akcesoria i w tym momencie, starsza Kaja oznajmiła, że nie będzie jeździć. Nie wiedziałam, co zrobić. Z jednej strony żal wydanych pieniędzy i czasu, z drugiej zaś wycofuję się, bo jestem świadoma niebezpieczeństwa związanego z tym sportem.





