15 49.0138 8.38624 arrow 0 arrow 1 5000 1 0 horizontal https://egaga.pl 300 4000
Jesteśmy blisko dzieci

Henryka Krzywonos – Macierzyństwo nigdy się nie kończy

Avatar
19 lipca 2014
PAGE    1   /   2   /   3

O historycznej roli Henryki Krzywonos-Strycharskiej, sygnatariuszki Porozumień Sierpniowych, uczą się dzieci w szkołach. Jedna z ikon pierwszej Solidarności.
W sierpniu 1980 roku w Gdańsku zatrzymała tramwaj, który prowadziła, dając tym samym sygnał do strajku. Całe swoje serce oddała jednak prowadzonemu wraz z mężem rodzinnemu domowi dziecka.

GAGA: Po sierpniu ’80 na długo zapomniała pani o polityce, ale polityka nie przestała się interesować panią. Teraz namówiono panią do startowania do Parlamentu Europejskiego.

HENRYKA KRZYWONOS-STRYCHALSKA: Tak naprawdę nigdy w polityce nie byłam, dopiero teraz w nią weszłam. Chociaż z drugiej strony każdy z nas w jakimś stopniu w niej siedzi na co dzień. Bo przecież nawet gdy tylko włączamy telewizor, oglądamy program informacyjny i mamy swoje zdanie na temat tego, co widzimy, to już jesteśmy w polityce.

Jeśli dostanę się do Parlamentu Europejskiego, chciałabym zajmować się polityką społeczną, sprawami socjalnymi i problematyką dotyczącą rodzin, w tym opieki nad dziećmi. Mocno interesują mnie sprawy młodych ludzi, którzy nie mają pracy. Chcę pracować nad tym, co mnie boli. Wiem, co powinnam robić. Będę pomagać.

Teraz już mieszka pani z mężem sama, ale kiedyś poświęcała cały swój czas dzieciom. Gdyby wtedy ktoś zaproponował pani zaangażowanie się w politykę, skorzystałaby pani? 

Wychowaliśmy z mężem dwanaścioro dzieci. Wiedziałam, że nigdy nie będę miała własnych, biologicznych, dlatego wspólnie postanowiliśmy wychować inne jak swoje. One zawsze były dla mnie największą wartością i jak każdej największej wartości należało im poświęcać czas. Z tego powodu przed laty wejście w politykę absolutnie mnie nie interesowało. Dla mnie zawsze każde moje dziecko było ważniejsze niż jakakolwiek inna sprawa.

Dlaczego postanowiliście państwo tworzyć rodzinę, adoptując dzieci?

Wszystko zaczęło się, gdy na nowotwór zmarła moja sąsiadka, którą się opiekowałam pod koniec jej życia. Miała syna, który tak naprawdę przebywał częściej u mnie niż u niej. Gdy został sam, miała go zabrać do siebie ciotka, jednak jej plany się zmieniły. Na sprawie sądowej oznajmiła, że go nie chce. Byłam tego świadkiem. Gdy sędzia powiedziała: „Posłuchaj, dziecko, przykro mi, ale będziesz musiał pójść do domu dziecka”, odpowiedziałam, że nie ma mowy, że ja go biorę do siebie. Z czasem pojawiały się kolejne dzieci. Długo szukaliśmy rodzeństwa tych, które trafiły do nas z domu dziecka, bo przecież bracia i siostry muszą być razem.